Ube
zjawiło się jednak pewnej nocy w domu na Brzeskiej 63, a wszystkim lokatorom wydało się, że znowu lecą bomby. Łomot dochodzący z parteru od frontu był tak głośny, że nie mogło to być nic innego jak tylko walący się ganek. Oprzytomniałem pierwszy i miałem czas, aby zrozumieć skąd pochodzą hałasy. Sypialnia pogrążona jest w tak gęstej ciemności, że nie widzę nawet własnych myśli. Wyjmuję rękę spod kołdry, wyciągam ją przed siebie, a następnie chcę złapać ją drugą, ale moja dłoń natrafia w powietrzu na inną, większą rękę, więc krzyknąłem ze strachu zanim pojąłem, że to ręka Mamy. 
Wstawała, aby zobaczyć, co się dzieje. 
– Ktoś wali w okiennice – mówię. 
Mama ziewa lekko, aby ukryć drżenie głosu. 
– Właśnie.
Zapaliła zapałkę wycinając z mroku swoją postać do pasa w górę i blat nocnej szafki. Potem naftowa lampa wypełnia pokój pełnym cieni, rozproszonym, żółtym światłem. Zośka przeciera oczy, a Babciamaria siedzi już na tapczanie ze zwieszonymi nad podłogą nogami, poszukując stopami kapci. Mama podchodzi do okiennic i uchyla oberlufta. 
– Kto tam? – Woła. 
Walenie w okiennice ustaje. 
– Otkroj, bo strelat budiem! – Krzyczy ktoś. 
– Tu germanców niet – Odpowiada Mama. 
Na dworze zapanowała cisza. Słychać ciche głosy. 
– Niech pani otworzy. My do pana Sochy. 
– A kto wy? – Pyta dalej Mama. – Tu różni chodzą. 
– Nu, tak otwieraj kobieto i nie pytaj. Wojsko Polskie! 
Matka powiedziała, żeby przeszło od podwórza, bo od frontu drzwi są zabite deskami od czasu kiedy w ogródku odpoczywał rozbity czołg. Otworzyła drzwi. Do kuchni, a potem do sypialni weszło czterech umundurowanych ludzi w hełmach z białymi orłami bez korony i rudy oficer w czapce z malinową gwiazdą.
– A kuda to Stanisław Socha? – Pyta ten rudy. 
– W wojsku – odpowiada Mama. – To moje dzieci i matka.
– Nu, a w jakim wojsku on? – Pyta oficer. – Bo są różne. 
– Służy w Radomiu, w pułku lotniczym. 
– Znaczy: lotczik, gieroj?
– Nie, buchalter – wyjaśnia Mama.
– Znaczy – oficjer, a dawno był doma? 
– W ogóle nie był odkąd się zgłosił. 
– To może jego tam nie ma, a? 

– Co pan mówi! – Oburza się Mama. – Dlaczego miałoby go tam nie być? Przysyła mi pensję pocztą, a na przekazie jest stempel jego pułku. Nawiasem mówiąc starcza ona na dziesięć kilo czarnego chleba! 
– Nie gniewajcie się, pani – mówi jeden z żołnierzy. – Musimy sprawdzać. Pokażcie ten przekaz. 
Babcia szuka w szufladach kredensu, a oficer zagląda pod łóżko, popatruje po ścianach i w końcu zatrzymuje wzrok na portrecie dziadka Józefa i ryngrafie Zośki z pierwszej komunii.
– Nu, tak wy ciągle zanosicie modły przed tym watażką, Piłsudskim, a? – Pyta. – W domu oficera ludowego wojska polskiego? A to? – Wskazuje ryngraf. – To leśni sobie na piersiach wieszają. Jak złapiemy którego też go wieszamy, tylko że na drzewie. To mąż wasz zostawił, a? Pakować dwie walizki, jedną ty weźmiesz, drugą stara. I na ciężarówkę. Dawaj!
– Matko Boska! – Krzyczy Babciamaria.
– Towarzyszu majorze, a jeśli jej mąż w naszym wojsku, to szkoda ich… Tu małe dzieci…
– Bachory pierwsze zdechną!
Nagle Mama staje naprzeciw Ube, nos w nos i spokojnie, trochę podniesionym głosem mówi
– Co pan gada! Dlaczego mielibyśmy się pakować? Po pierwsze, to nie Piłsudski, tylko mój ojciec w mundurze notariusza, a to ryngraf mojej córki. Przeczytajcie sobie, jeżeli umiecie po polsku. 
A już któryś żołnierz zdjął ryngraf ze ściany i czyta głośno: 
– Pamiątka z pierwszej komunii Zofii Sochy, Parafia św. Stanisława Kostki, Siedlce 1943 rok. To jej córki – potwierdza. 
Oficer dłubie sobie w uchu, przekrzywiając czapkę. Czas się dłuży… 
– Może tak, a może nie – mówi wreszcie. – Tu różne wołki chodzą. 
– Wilki żyją w lesie – odpowiada Mama, jakby tłumaczyła Zośce, żeby się zachowywała. – O co wam idzie? 
– Nu, to nie wasza sprawa, tylko en – ka – wu – de – sylabizuje oficer. – Oni zdecydują. – Lepiej głosu nie podnoście, bo sam wyślę was na białe niedźwiedzie. A takim jak wasz muż, panom oficjerom, to własnymi rukami w gołowu ja strielał Tak gdzie Stanisław Socha? 
– W Radomiu, w pułku lotniczym, o tu jest przekaz – Mama podaje oficerowi papier, który w międzyczasie znalazła Babciamaria. 
Oficer nawet nie spojrzał. 
– A nie ukrywacie kogo? 
– Nie! 
– A broń? Macie przecież broń? Gdzie ona jest? 
– Pan chyba zgłupiał! Skąd mamy mieć broń? 
– Nu, skąd, skąd – kręci głową rudy oficer. – To ja potrzebuję wiedzieć. No więc? Gdzie ona jest? 
– Nie mamy żadnej broni – mówi Mama. 
– Tak? A Karol Pękart powiedział, że jest u was broń – oficer uśmiecha się krzywo. – Więc jak? 

„Pewnie ktoś mnie podejrzał, kiedy chowałem w rynnie rewolwer… Zawsze zastanawiałem się nad tym gdzie mam duszę. Teraz ją czuję, tak jak rękę czy nogę. Przycupnęła na moim ramieniu drżąca i skora do ucieczki.” 
– Bzdury! – Krzyczy Mama. – Pękarta powiesili Ruscy, bo się Niemcom wysługiwał.. 
– Nie powiesili, nie powiesili. On teraz nasz człowiek i dobry towarzysz. Powiedział, że macie schowany rewolwer. 
Zamykam oczy, zaciskając mocno powieki. Może to wszystko sen? Kiedy otworzę oczy szeroko będzie ranek, słońce przedostanie się przez szpary w okiennicach i rozproszy nocne straszydła. 
– Nie mamy i nie mieliśmy żadnego rewolweru, ani innej broni. Była szabla mojego dziadka, ale Gestapo zabrało. Chyba, że ma pan na myśli tasak kuchenny. 
– Nu, wy bardzo zadziorna – stwierdza oficer. – Tacy i wy jesteście Polaczki. Ale spokorniejecie, pomału. 
– A pan nie jest Polakiem? – Pyta Mama, zła jak pszczoła broniąca ula przed trzmielami. 
– Może ja Polak, a może i nie – odpowiada oficer. – Jak będzie trzeba będę Polak, a jak nie, to nie. No, my tu jeszcze kiedyś wpadniemy, jakbyście sobie co przypomnieli. 
Przepuścił żołnierzy, a wychodząc, zabrał z kuchni słoik miodu. 
– Nu, to dla ludowej władzy – oznajmił. 
Mama trzasnęła za nim drzwiami tak mocno, że się tynk posypał i mówi: 
– Mama słyszała jaki Judasz? Takie jest teraz nasze wojsko? Za grosz honoru!
– Nie trzeba było z nim tak ostro, Halinko – odpowiada Babcia. – Oni teraz wszystko mogą. 
– Pamiętam jak ojciec mówił, że z tymi to trzeba z góry. Wtedy myślą, że masz kogoś ważniejszego od nich za sobą. Skąd ich się tyle bierze? We władzach, w wojsku, na tyłach, na każdym kroku – Żyd. 
– Przecież Ciociadzia mówiła, że wszystkich Żydów Niemcy zagazowali w obozie – stwierdzam. – Nawet Icka, co woził igły. 
– To Litwaki zza Buga – mówi Mama i zdmuchuje lampę. – Jeszcze przed wojną sympatyzowali z sowietami. 
„Skąd Pękart wiedział o rewolwerze? Co teraz będzie? Co mam zrobić z bębenkowcem?”
Za chwilę Bóg miłosierny pozbawia mnie świadomości pozwalając pogrążyć się w zapomnieniu zwanym snem.

Fragment powieści Jerzego Terpiłowskiego, Ujrzanów, Warszawa 1998

Media Społecznościowe  

©Copyright by "Tradycja", 2018

Strona zrobiona w kreatorze stron internetowych WebWave