WESTERN W PRL - ANDRZEJ PIARGIEWICZ

Od dawna wiadomo, że powieści Jerzego Terpiłowskiego są czymś w rodzaju  zbeletryzowanych  reportaży. Pisarz pokazuje jak z kamery tv obraz tego, co widział, widzi lub co prędzej czy później zobaczą wszyscy[1]. Ukazuje się w nim w różnych strojach lub postaciach głównego bohatera, żeby za chwilę obdarzyć cechami swej natury postać drugoplanową lub nawet antagonistyczną. W Ujrzanowie był - przerażonym otaczającą go  rzeczywistością - paroletnim Percepiuszkiem, utrapieniem rodziców, w którym kiełkował jednak późniejszy, niebezpieczny młody Western z Opowiadań.

A te dzieją się w ubiegłym, XX wieku, w którym poczesne miejsce zabiera klimat późnego PRL. Nie jest to jednak jeszcze jedna buńczuczna, napisana z sufitu, powieść stworzona z sienkiewiczowskim zamiarem pokrzepienia serc. Ani też próba rozliczenia się z tymi, którzy uprzykrzali nam naszą egzystencję w latach 1960-1989.

No cóż. Nawet największe problemy i przykrości wynikające z niechcianego przez Polaków ustroju nie potrafiły widać odebrać autorowi przyrodzonego mu optymizmu, miłości życia i energii. Toteż zarówno mały Percepiusz, jak zabijaka Western nie szukają pomsty. Ten ostatni zdaje sobie wprawdzie sprawę z tego, co traci na skutek odebrania jego ojczyźnie prawa decydowania o swoim losie, ale jest młody, kochają go dziewczyny, życie jest samo w sobie tak interesujące, tyle jest w nim przygód, że….

No cóż…

Wojna 1939 roku i okupacja hitlerowska pomimo spowodowania straszliwych strat ludzkich nie odebrały Polakom morale. Polska, nie tracąc tożsamości cywilizacyjnej i narodowej, była gotowa do podjęcia narodowego marszu w miejscu, w którym go powstrzymano. Było państwo podziemne, była polska armia i ludzie nie tracili nadziei, że prędzej czy później będą  go kontynuować. Ale terror namiestników Moskwy lat 1944-1956 trwał dwa razy dłużej niż poprzednie wydarzenia i - nie ustępując im pod względem morderstw i psychicznego niszczenia ludzkich zasobów, a szczególnie elit - spowodował  straty, na które Polacy nie byli przygotowani, bo w całej historii nie zetknęli się z metodami triumfującego komunizmu inspirowanego dodatkowo Talmudem. Owe traumatyczne doznania, a potem rozczarowanie październikową odwilżą, masakry w Poznaniu i Gdańsku zachwiały nadzieją na wolność i to spowodowało tendencje adaptacyjne. Polacy – porzucając myśl o walce zbrojnej - wykorzystywali pokłady energii w sporcie, kabarecie a także w nauce. Nieskolektywizowana, wierna tradycji wieś, Kościół oraz pozornie uległa inteligencja poczęły jednak rozmiękczać środowisko władzy, zmieniając jej kierownicze kadry z zaprzedanych narzędzi ubezwłasnowolnienia narodowego w skorumpowaną oligarchię wzdychającą do zamożności wolnego świata. O możliwych zmianach dowiadywały się najpierw służby specjalne rozgrywające swoje rozdania wedle wzorów z Moskwy, więc obóz socjalistycznych narodów trwał pozornie mocno aż do gorbaczowskiej Pierestrojki, ale Polska już od dawna była jak wiadomo jego „najweselszym barakiem”. Wprawdzie obywatele PRL wyjeżdżający za granicę oficjalnie - musieli się ciągle „podejmować”  usług na rzecz systemu, ale począwszy od lat siedemdziesiątych przy odrobinie szczęścia można już było kupić paszport na lewo albo wyjechać na „turystykę” z oczywistym zamiarem pracy „na czarno”. Decydenci  przymykali oczu na owo rozluźnienie dyscypliny w totalitarnym systemie, bo prominentom władzy brakowało tego co odróżniało ich zewnętrznie od Zachodu, a czego nie dawało się wyprodukować w socjalistycznym raju.  

Wiedza o codziennym życiu w PRL spoczywa w licznych opracowaniach naukowych, ale wszystkie one są mniej lub bardziej podszyte różnorakimi intencjami kolejnych ekip rządzących i stopniem poprawności politycznej obowiązującej podczas ich rządów. Nie ustrzegła się od niej literatura tego okresu (łącznie z powieściami Marka Nowakowskiego). Opowiadania z ubiegłego wieku Jerzego Terpiłowskiego są chyba pierwszą wolną od wszelkich manier i wykrzywień relacją o PRL widzianym i przeżywanym przez człowieka, który (wewnętrznie przynajmniej) pozostawał od urodzenia znakomicie wolny. Dopomagało mu w tym niepospolite usposobienie fizyczne i umysłowe jakkolwiek jego psychika kształtowała się w granicach niediagnozowanej podówczas anomalii, którą obecnie nazwalibyśmy objawami autyzmu. To owa skaza spowodowała być może, iż miast spożytkować w PRL swe umiejętności i predyspozycje w dysydenckim podziemiu, prowadził na własną rękę walkę o prawo do decydowania o samym sobie. Popatrzcie na ten okres w historii  Polski jego oczyma. Nie wyda się wam ani taki, jakim usiłuje go przedstawiać emerycki beton uprzywilejowanych oficjeli rządzącej podówczas monopartii, ani taki, o jakim piszą i mówią ci,  którzy z zapałem wznoszą sztandary lepszego jutra w IV Rzeczypospolitej. Ale jest prawdziwy i niezmiernie interesujący przez to, co różni oryginał od podróbki. W Dniach Beethovena -opowiadaniu otwierającym ów cykl, które wydrukowała „Tradycja”, przeniesiecie się Państwo do wczesnych lat 60. Ciesząc wasze oczy mistrzostwem oszczędnej w słowa obrazowej narracji, zwróćcie uwagę na dialogi, które - jak to u Terpiłowskiego - są najwyższej miary (powinien wreszcie zacząć pisać dla teatru). Nie znajdziecie jednak tam ogólnie znanych w literaturze sposobów na wyciskanie łez. Bo to tak, jakby sam autor podlegał regułom logicznego w gruncie rzeczy autystycznego sposobu widzenia świata.

Tym, którzy zamierzają w przyszłości pisać o Terpiłowskim, radzę zacząć zbieranie o nim informacji. Jest mistrzem w zacieraniu śladów swoich autentycznych wyczynów. Snajper bowiem – jak mawia – powinien poświęcić zabezpieczeniu drogi ewakuacji tyleż samo czasu ile zabierze mu przygotowanie do osiągnięcia celu.

 


[1] Myślę tu o formułowanych przez niego opisach przyszłości, które zamieniły się w rzeczywiste wydarzenia.

Media Społecznościowe  

©Copyright by "Tradycja", 2018

Strona zrobiona w kreatorze stron internetowych WebWave